O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Mój Vincent

Vincent van Gogh w wieku 13 lat
Vincent van Gogh w wieku 13 lat wikipedia.org/wiki/Vincent_van_Gogh
Swoją przygodę z The Velvet Underground, prekursorską formacją alternatywną w historii rocka, rozpocząłem od lektury obszernej wkładki w jedynym wówczas piśmie rockowym w Polsce. Było to dekady temu. Oprócz podstawowych informacji o kapeli oraz mnogiej ilości recenzenckich gwiazdek przy albumie z bananem made in Andy Warhol na okładce, zapamiętałem tytuł publikacji, a brzmiał on „Przypadek van Gogha”. Na początku pomyślałem, że ma to związek z papieżem pop-artu, jednak z treści dowiedziałem się, że chodziło o symboliczne porównanie skali dystrybucji dzieł. Wszystko mi opadło kiedy doczytałem, że Vincent van Gogh sprzedał za życia tylko jeden obraz…

Twój Vincent | reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman | 2017

Jeden z największych impresjonistów, którego portrety, autoportrety, a zwłaszcza słoneczniki są wyryte w naszej świadomości, a milionerzy chętnie oddają miliony za jego niewielkich rozmiarów dzieła, na przestrzeni wieloletniej i bardzo owocnej pracy twórczej sprzedał, pewnie za małe pieniądze, tylko jeden z nich…


Kiedy dotarła do mnie informacja, że powstaje hołd dla malarza w formie animowanych obrazów olejnych byłem bardzo zaskoczony, zwłaszcza tym, że znaleźli się desperaci, którzy podjęli się tak ogromnego wysiłku, ale także szczęśliwy, bo artysta, który w wymiarze materialnym nie otrzymał za swoją twórczość praktycznie nic, będzie adresatem jednego z najpiękniejszych hołdów w historii kina i malarstwa.

Film to mozaika przeniesionych na ekran obrazów mistrza, które ożyły, żeby opowiedzieć nam historię jego życia. Osią akcji jest zagadka śmierci malarza, ale bohaterowie płócien opowiadają nam o kolejnych latach dzieciństwa, młodości, pracy twórczej, która rozpoczęła się dosyć późno, i równie tragicznego co zagadkowego kresu życia artysty.


Fabuła siłą rzeczy nie jest wielowarstwowa, nie ma w filmie oczywiście dużej ilości plenerów. Jest kameralnie, bo miejsca, pejzaże, postaci i bardzo intensywne kolory są głównie z obrazów malarza. Jedynym wyjątkiem są czarno-białe retrospekcje. Jednak mimo braku pastelowych kolorów ich kreska jest dokładniejsza, bardziej fotograficzna, jakby wspomnienia w naszej głowie były intensywniej i pewniej narysowane niż czas aktualny, który odzwierciedlają wielobarwne obrazy pozbawione ostrości, światłocienia oraz innych elementów zbliżających je do rzeczywistości. I to jest niewątpliwy walor tego filmu.

Ogromny wysiłek malarzy, którzy stworzyli własnoręcznie dziesiątki tysięcy obrazów na potrzeby filmu, widać zwłaszcza w momentach, kiedy dzieła znane nam wszystkim nagle ożywają i lampy zaczynają świecić, budynki rosną lub maleją, a ludzie mówią i poruszają się. Najlepszymi przykładami takiego ożywienia są obrazy „Portret doktora Gacheta” czy „Kościół w Auvers”. Najpiękniejszym momentem w filmie, nie pochodzącym bezpośrednio z dzieł mistrza, jest odbicie twarzy głównego bohatera w szybie pociągu. Bardzo chciałbym mieć taki obraz na swojej ścianie, może twórcy zrobią aukcję tych dzieł :)

Z przepięknego, pastelowego i jedynego w swoim rodzaju obrazu przebija jednak coś zupełnie niemalarskiego, ponurego i ostatecznie bardzo smutnego. Biografia najsłynniejszego Holendra jest pasmem klęsk, zaczynając od trudnego dzieciństwa w cieniu zmarłego starszego brata, poprzez wieloletnie próby zaistnienia jako ktoś, aż po czas malarstwa, który w dużej mierze mógł mieć dla artysty wymiar wyłącznie terapeutyczny. Może dlatego właśnie dystrybucję swoich dzieł miał w nosie, bo ważniejszy był dla niego sam akt tworzenia. Z drugiej strony mnóstwo czasu poświęcał na pisanie listów, a więc relacje także w jakiś sposób miały dla niego ogromne znaczenie, przede wszystkim emocjonalne. Dostrzegli to twórcy filmu nazywając swoje dzieło „Twój Vincent” – tak brzmiał podpis malarza na końcu każdego z jego listów.

Kiedy wyszliśmy z sali kinowej w głośnikach leciała przeróbka „Walk On The Wild Side” Lou Reeda. Od razu pomyślałem, że to nie mógł być przypadek w kontekście moich rozmyślań o The Velvet Underground i van Goghu. Za kilka minut dowiedziałem się o śmierci Ingvara Kamprada, który, zakładając w wieku 17 lat najsłynniejszą obecnie firmę meblarską na świecie, musiał w ciągu swojego długiego życia sporo zapożyczać z pasteli wielkich impresjonistów. Chwilę później pojechaliśmy na wystawę gigantycznych budowli z klocków Lego. Czy jest inna dziedzina rozrywki, która zawdzięcza więcej twórcom najpiękniejszych form w malarstwie i architekturze?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Kino
Trwa ładowanie komentarzy...