O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Opowieści rytmem

www.facebook.com/jskolias
We wstępniaku do pierwszego polskiego czasopisma zajmującego się muzyką improwizowaną, czyli periodyku „Jazz” z 1927 roku, profesor Zbigniew Drzewiecki poświęcił w pierwszych słowach wiele miejsca rytmowi – podstawie, na jakiej opiera się muzyka. Użył nawet takiego sformułowania, że już nasz pierwszy praszczur był uzależniony od rytmu… Nic dziwnego, ludzki krwiobieg cały czas pulsuje, więc na dobrą sprawę każdy z nas składa się z rytmu. Od publikacji tego artykułu minęło dokładnie 90 lat i nadal trzeba przyznać profesorowi Drzewieckiemu świętą rację. Nawet jeżeli w składzie zespołu nie ma perkusisty, to rytm jest przecież immanentnym elementem gry na każdym instrumencie.

BPM

W historii muzyki popularnej niewiele jest w sumie albumów nagranych przez perkusistów jako liderów. Globalnie jest trochę lepiej i na topie topów można wymienić nieodżałowanego Tony’ego Williamsa. Lokalnie na przestrzeni dziesięcioleci są to w sumie rzadkie przypadki, ale są. Pierwszym takim wydawnictwem w naszym kraju był debiut Czesława Bartkowskiego, czyli blisko pół wieku temu etatowego perkusisty Czesława Niemena, twórcy genialnego podziału do utworu „Bema pamięci żałobny rapsod”. A obecnie, choć w zasadzie niezmiennie od wielu lat, perkusyjna podpora tria naczelnego jazzowego chopinologa, czyli pianisty Andrzeja Jagodzińskiego. Album Bartkowskiego „Drums Dream” z 1976 roku wyróżnia się m.in. tym, że współtworzyli go giganci polskiego jazzu, czyli Tomasz Stańko, Adam Makowicz, Tomasz Szukalski, Wojciech Karolak oraz Jan Ptaszyn Wróblewski. Dobra informacja jest taka, że w tym roku wznowiono wydawnictwo na winylu.

Krzysztof Dziedzic, dzieląc los innych zdolnych jazzowych perkusistów, udziela się w ogromnej ilości projektów muzycznych z wieloma artystami na różnych wydawnictwach i wydarzeniach. Podjął jednak odważną decyzję i wydał własny album, pod w zasadzie wszystko mówiącym tytułem „Tempo”. Wspierają go wybitni instrumentaliści: Piotr Wyleżoł (fortepian), Robert Kubiszyn (bas), Kuba Więcek (saksofony sopranowy i altowy), Apostolis Anthimos (gitary) oraz Michał Baj (gramofony).


Lider w swoim opisie albumu nie pozostawia złudzeń co do głównego bohatera wydawnictwa: "Tempo – obok rytmu element w muzyce nierozerwalnie związany z grą na perkusji. Dlatego właśnie tempo jest elementem organizującym przedstawiany Państwu album. Wszystkie kompozycje to improwizacja, a jedyną podstawą konstrukcyjną poszczególnych utworów jest tempo każdego z nich (opis zastosowania temp znajduje swoje odzwierciedlenie w tytułach utworów). Muzyka w Tempie oparta jest na wieloletniej przyjaźni, zaufaniu i wspólnej pracy twórczej. (…) Takie podejście do muzyki i sposobu grania przekazał mi mój mentor i przyjaciel – Tomasz Szukalski i jemu właśnie ten album dedykuję".

Siłą rzeczy dominuje perkusja, także w zakresie nazewnictwa poszczególnych utworów – każdy utwór opisany jest jako BPM z liczbą określającą tempo. Pierwsze utwory to przeważnie gęste pasaże lidera, w których od czasu do czasu pojawiają się pozostali instrumentaliści. Jednak za chwilę misternie budowane napięcie eksploduje w postaci grupowych improwizacji. Zestawienie różnych muzycznych obszarów, doświadczeń, a zwłaszcza brzmień składa się w ciekawą całość. Mnie, poza charakterystyczną grą lidera, najbardziej przypadły do gustu motywy płynące z elektrycznego pianina czy pojedyncze zagrywki oraz tematy stworzone przez gitarzystę, często oparte na dosyć osobliwym brzmieniu. Pewnie nałożyły się na to moje aktualne doświadczenia z tym instrumentem. W środkowej części albumu, gdzieś tak od piątego utworu, robi się naprawdę fusionowo i myśli wędrują w kierunku „Bitches Brew” i innych klasyków nurtu z tamtych lat.


Żeby usłyszeć album trzeba się wysilić – najpierw w zakresie zdobycia materiału, a następnie przekonania się do jego zawartości. Aktualnie jest to dosyć oryginalny przykład kolektywnej współpracy rzemieślników w swoich instrumentach pod wodzą perkusisty.

Kolos na czterech nogach

Z muzyką Jorgosa Skoliasa po raz pierwszy zetknąłem się na albumie „Krzak’i”, nieco zapomnianej dziś niszowej kapeli Krzak, która jest równolatkiem Perfectu czy Lady Pank. Polecam wydawnictwo jako pionierski przykład współpracy artystów z różnych obszarów. Na dłuuugo przed tym, nim powstał komercyjny projekt „Yugoton”, czy ostatnio bardziej ambitne „Chaos pełen idei” i świeżutki „Punk Freud Army”.
Na albumie „Krzak’i” (1983) oprócz muzyków formacji zagrali m.in. Ryszard Riedel, Jorgos Skolias, Wojciech Karolak, Krzesimir Dębski czy Apostolis Anthimos, który wsparł także wydatnie opisywane powyżej „Tempo” Krzysztofa Dziedzica. Z albumu „Krzak’i” lubię utwór „Kim jesteś – listonoszem?”, którego współautorem jest Jorgos Skolias właśnie.

Tyle wspomnień, bo miałem przecież pisać o "Kolosie", którego nogi na pewno nie są z gliny. Powiem więcej, ma ich cztery – dwie należą do Jorgosa - wokalisty, a dwie do Antonisa - perkusisty. Czyli do ojca i syna, którzy są Grekami mieszkającymi w naszym pięknym, choć beznadziejnie oddalonym od Morza Śródziemnego kraju, nad czym ogromnie ubolewam. Dla ciekawych skąd w Polsce mieszkańcy Hellady odpowiem krótko, że w sumie w nie tak bardzo odległej przeszłości do Polski trafiło kilkanaście tysięcy greckich uchodźców - ofiar wojny domowej w Grecji. Stało się to kilka lat po II wojnie światowej, kiedy nasz kraj był cały czas powojennym gruzowiskiem, także mentalnym. Mieliśmy świeże doświadczenia czym jest wojna we własnym kraju, dlatego w ludzkim odruchu przyjęliśmy wtedy Greków. Miałem przyjemność poznać kilku z nich, jedna pani nazywała się Tania Papa – dziś zrobiłaby karierę w marketingu materiałów budowlanych. Obecnie Polacy nie mają na szczęście doświadczeń wojennych, póki co także w zakresie realnej utraty wolności, a jednoczymy się dopiero, kiedy jest już bardzo źle… Uczmy się na własnej historii, także w zakresie przyjmowania uchodźców, bo ona tradycyjnie uwielbia się powtarzać.

Wracam do muzyki. "Kolos" to synteza tradycji, głównie wokalnego folkloru greckiego, oraz nowoczesności, czyli specyficznych i motorycznych podziałów perkusyjnych, ale także nowych brzmień uzyskiwanych poprzez przetworzenie ludzkiego głosu za pomocą multiefektu. Poza głosem Jorgosa i perkusją Antonisa innych instrumentów nie ma. Idea nie jest nowa, bo podobne klimaty, choć z innej szerokości geograficznej i głównie w towarzystwie beatbokserów, są na albumie „Medúlla” słynnego elfa z Islandii. Jednak pochód Kolosa jest siłą rzeczy bardziej żywiołowy, rytmiczny, głośniejszy, bo zahacza o południowe obszary Półwyspu Bałkańskiego. Folklor jest ważny, ale jest także pretekstem do improwizacji czy eksperymentów wokalnych Jorgosa. Jest to zatem podróż przez różne stylistyki i gatunki, czasem nieco lżejsza, momentami bardzo refleksyjna, a przeważnie energetyczna. Całość jest ciekawie zaaranżowana i wykonana, zwłaszcza w kontekście nagrania albumu w całości na żywo, co bardzo rzadko się zdarza w przypadku premierowego materiału.

I co tu wybrać pod choinkę?

Albumy są na tyle różne i wartościowe, że najlepiej mieć obydwa w swojej kolekcji. Mam świadomość, że jest to muzyka niszowa, często trudna w odbiorze. Dlatego polecam ją ludziom wrażliwym i ambitnym na święta i cały nowy rok. Razem z najlepszymi życzeniami!


PS
Więcej hot newsów na FB
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...