O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Veni, Vidi, Björk

https://twitter.com/bjork
Wystawa „Björk Digital”, czy w zasadzie pokaz multimedialny, na pewno odstaje od innych ekspozycji doborem narzędzi, nowatorstwem, wyjątkową spójnością przekazu wizualnego i dźwiękowego. Całości towarzyszą różne emocje – każdy teledysk to inna baśń. Ale tak było od zawsze z tym małym elfem z Islandii, który spełniając swoje muzyczne marzenia daje nam możliwość zajrzenia do niesamowicie wielobarwnego i multiinstrumentalnego świata. Tym razem jest to rzeczywistość multiwymiarowa.

Björk | „Björk Digital” | 2017

Krótko o mojej przygodzie z Brzozą, na którą mam stwierdzone alergologicznie uczulenie. Kiedy w 1995 roku kupowałem swoje pierwsze glany, za 2/3 mojej ówczesnej miesięcznej wypłaty w wakacyjnej pracy, zwróciłem uwagę na kolorowy plakat dziewczyny w kapeluszu, o osobliwej urodzie. Trochę azjatyckiej, trochę północnej, może jednak bardziej egzotycznej, czyli jakiejś dajmy na to filipińskiej. Skusiłem się i posłuchałem promowanej wtedy ostro płyty „Post”. Muzycznie byłem wówczas zupełnie gdzie indziej, bliżej tych glanów, które codziennie zakładałem na nogi, więc popowe beaty i syntetyczne brzmienia zagłuszyły mi skutecznie ambitny wokal. No może tylko poza „It's Oh So Quiet”, ale ta piosenka była akurat najbardziej konwencjonalna z całego wydawnictwa, bo musicalowa, podobnie jak nakręcony do niej teledysk. Nie kupiłem „Post”, ale kilka lat później kupiłem mentalnie ścieżkę dźwiękową do „Tańcząc w Ciemnościach”. Genialny pomysł na muzykę wygenerowaną z rzeczy pozornie nie będących instrumentami. Jako film to moim zdaniem najlepszy musical wszech czasów. Szkoda, że ówczesny duet z Thomem Yorke do piosenki „I've Seen It All” nie wszedł ostatecznie do ścieżki w samym filmie.


Później miałem kilka lat przerwy od Brzozy. Słuchając na studiach dosłownie wszystkiego trafiłem na „Vespertine” – jeden z najpiękniejszych albumów muzycznych, jakie powstały. Moim zdaniem opus magnum artystki. Cenię oczywiście ogromnie jej wcześniejsze i późniejsze albumy, czyli „Homogenic”, „Medulla”, „Volta”, a także całą twórczość filmową i koncertową, jaka towarzyszyła tym wydawnictwom, zwłaszcza przełomowy koncert w londyńskiej operze. Jednak „Vespertine” jest czymś nierealnym, kosmicznym, dalekim od wszystkiego, co powstało wcześniej, a w wielu wypadkach także i później.

Dziś w skali innowacyjnego, bezkompromisowego i multidźwiękowego podejścia do tworzenia muzyki stawiam Björk w jednej linii z Milesem Davisem globalnie i Czesławem Niemenem lokalnie. Z trębaczem i wokalistą łączą ją także rozbudowane ambicje plastyczne i wizualne. Miles przez wiele lat malował nieco kubistyczne i surrealistyczne obrazy. Niemen także tworzył grafikę, m.in. do okładek swoich płyt. Ostatni album wokalisty, czyli „Spodchmurykapelusza”, miał być multimedialnym tomikiem wierszy. Niestety artysta nie zdążył go przygotować w zakładany sposób, ale książeczkę dołączoną do płyty wypełnia jego oryginalna grafika.



3Digital

„Björk Digital” na pewno nie jest pierwszą i ostatnią wystawą wizualną muzykującego artysty czy muzyka o ambicjach wizualnych. Ale na pewno jest pokazem – bo trudno mówić o statycznej ekspozycji – osobliwym i nowatorskim. Nie jest także czymś powszechnym - wystawa gościła do tej pory w wybranych miastach świata, m.in. w Londynie, Sydney i Tokio. W Polsce można ją było zobaczyć tylko w Poznaniu.

Pokaz zaczyna się niewinnie, czyli od teledysku „Black Lake” w dwóch wersjach filmowych na dwóch płaskich ekranach. Niecodzienne było natomiast nagłośnienie czarnej sali projekcyjnej – muzyka wydobywała się z ponad pięćdziesięciu głośników. Można było spacerować po sali i doświadczać różnych wrażeń dźwiękowych. Głos wokalistki wydobywał się z najwyżej położonych głośników i jakby spływał na średnie i niskie dźwięki umieszczone niżej. Teledysk opowiada o bolesnym rozstaniu artystki z jej wieloletnim partnerem Matthew Barney’em.
Później górę brała już wyłączenie strona wizualna. Uzbrojeni w okulary 3D i markowe słuchawki hi-fi oglądaliśmy kolejne teledyski. Napięcie było wciąż stopniowane, bo pierwszy z nich „Stonemilker” jest filmem nakręconym przy użyciu kamery 360 stopni na plaży Islandii. Na początku obraz wydaje się konwencjonalny, kiedy nagle z artystki wychodzi jej druga postać i uzupełniała wokalnie wiodący temat. Kolejne pomieszczenie i nowe okulary 3D ze słuchawkami. Teraz jesteśmy w przestrzeni kosmicznej, a przed nami pojawia się sylwetka wokalistki zbudowana z linii przypominających pulsujące światłowody. Dookoła się coś dzieje, nad nami deszcze meteorytów, pod nami jakaś czarna dziura. Niebezpiecznie. Ale jeszcze bardziej nieswojo robi się podczas kolejnego obrazu „Mouth Mantra”. Kamera 3D jest umieszczona we wnętrzu jamy ustnej wokalistki. Zęby czasem wyglądają jak stalaktyty i stalagmity, a czasem jak kły dinozaura czy wilka. Momentami pojawiają się ekspresyjnie pomalowane usta, ale za chwilę wracamy do naturalistycznego wnętrza. Widziałem kilka operacji laparoskopowych i filmów z sond filmujących wnętrze człowieka. Jednak tutaj wrażenia są zupełnie inne, nie tak biologiczne czy medyczne, raczej refleksyjne, zwłaszcza w kontekście świadomości, że jesteśmy w jamie ustnej jednej z najważniejszych wokalistek wszech czasów.

Idziemy dalej, do ciemnego pomieszczenia. Na samym środku niczym szubienica wiszą okulary 3D i słuchawki. Ale to nie wszystko, do rąk dostajemy kontrolery, które po włożeniu okularów zamieniają się w pięknie naszkicowane ręce - od łokci do koniuszków palców. Naciskam kontroler i z tych rąk wypływają pastelowe wstęgi, które wiją się niczym węże. Za chwilę pojawia się teledysk „Family” i Björk w dziwnie wygiętej pozycji, pewnie joga ma na to swoją nazwę. Wersja jest trochę inna niż znana z sieci. Pastelowa postać podnosi się i zaczyna rosnąć, aż w pewnym momencie idzie w moim kierunku i nagle jestem w jej środku… dziwne i fascynujące uczucie.
Na koniec stoimy na dnie oceanu. Wokół pływają czarne ośmiornice, które na pewno mają więcej niż osiem odnóży – wielośmiornice… Tak zaczyna się utwór „Notget VR”. Teledysk jest mroczny, choć chyba najbardziej dynamiczny jeżeli chodzi o ruchy postaci wokalistki.

Na sam koniec, tuż przed powrotem do ogarniętej już przez nas rzeczywistości 3D, możemy poznać aplikację Biofilia. Layout początkowo przypomina menu strony internetowej wokalistki, ale po wejściu głębiej znajdujemy wiele wciągających multimedialnych i dźwiękowym rozwiązań. Możemy tworzyć muzykę, podróżować między różnymi światami dźwiękowy i graficznymi, a także grać. W tle są utwory Bjork, z którymi poszczególne elementy aplikacji są ściśle związane. Aplikacja jest dostępna w sklepie Google’a.

Wystawa „Björk Digital”, czy w zasadzie pokaz multimedialny, na pewno odstaje od innych ekspozycji doborem narzędzi, nowatorstwem, wyjątkową spójnością przekazu wizualnego i dźwiękowego. Całości towarzyszą różne emocje – każdy teledysk to inny świat. Dlatego w krótkiej recenzji ciężko zmieścić sumę przeżyć. Ale tak było od zawsze z tym małym elfem z Islandii, który spełniając swoje muzyczne życzenia daje nam możliwość zajrzenia do wielobarwnego i multiinstrumentalnego świata. Tym razem jest to rzeczywistość multiwymiarowa.

Björk przeszła chyba najdłuższą drogę jako kobieta w świecie muzyki, od swojej pierwszej płyty z coverami utworów (m.in. The Beatles), którą wydała zaledwie w wieku 11 lat, poprzez punkowe szaleństwa lat młodzieńczych, a następnie avantrockowe dokonania z The Sugarcubes, żeby za jakąś chwilę wystąpić w stricte jazzowym projekcie "Gling-Gló" z czołowymi islandzkimi ekspertami od swingu… A to był dopiero i zaledwie wstęp do jej solowej kariery, która trwa nieprzerwanie od 1993 roku. Kolejne albumy wyznaczały nowe kierunki w muzyce, ale także w kulturze masowej, a ostatnio także w tej wysokiej…

A już za chwilę, bo 24 listopada, pojawi się nowy album Brzozy – „Utopia”

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...