O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Miłość w czasach popkultury

justjaredjr.com
Przed wejściem do sali kinowej byłem pewien, że będzie to klasyczny wyciskacz łez. I wyciskał w wielu momentach, także u facetów siedzących obok mnie. W ostatnich tygodniach widziałem całkiem sporo filmów, m.in. "Autopsja Jane Doe", "Fernando", "Assassin's Creed", "Morderstwo w Orient Expressie", "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", "Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi". Ale właśnie o "Cudownym chłopaku" postanowiłem napisać kilka słów. Premiera filmu już jutro!

Cudowny chłopak | reż. Stephen Chbosky

Historia opowiada o skrzywdzonym genetycznie dziesięciolatku. I tak naprawdę ta grupa wiekowa powinna przede wszystkim oglądnąć ten film. Cofnę się zatem do czasów, kiedy sam miałem dziesięć lat i kolegę z wodogłowiem w klasie. Jego głowa była naprawdę duża i deformowała już twarz. Ale był bardzo pogodnym i ciekawym świata chłopcem. Niestety, nie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak cierpi fizycznie, a przede wszystkim z powodu swojego wyglądu. Złośliwości dzieci można jeszcze było zrozumieć, ale była w tym gronie także dojrzała kobieta, nauczycielka muzyki, która ironicznie nazywała go "słoneczkiem". To niby miało być pieszczotliwe, ale podtekst każdy rozumiał, zwłaszcza że ona często to podkreślała. Z powodów zdrowotnych chłopiec miał zaległości w nauce i został na drugi rok w tej samej klasie. Jakiś czas później dowiedziałem się, że odszedł. Współczułem bardzo jego rodzicom, ale w równym stopniu pani od muzyki.


Film "Cudowny chłopak" na pierwszy rzut oka to klasyczna amerykańska przypowieść o chłopcu skrzywdzonym przez los, który przeszedł przez piekło wielu operacji, a efekt końcowy i tak każe mu ukrywać głowę w hełmie kosmonauty. Podobnych obrazów było sporo na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Jednak ten skupia się nie tylko na bardzo skomplikowanym świecie głównego bohatera, ale również na tym, jak trudne życie mają osoby z jego otoczenia. I to jest najważniejszy walor tego filmu.

Kolejny atut to gra aktorska, zwłaszcza bardzo młodych ludzi, którzy na pewno wiarygodnie wypadną w oczach swoich rówieśników. Cenna jest rola matki granej przez Julię Roberts, kobiety całkowicie podporządkowanej życiu syna. Owen Wilson jest tradycyjnie luźnym wesołkiem, jak w innych filmach z jego udziałem, dlatego czasami nieco odstaje od całej sytuacji, bo czy można codziennie przez dziesięć lat nieustająco rozładowywać humorem każdą sytuację? Jednak wiele fajnych dialogów w filmie pada głównie z jego ust. Będę szczery - nie przepadam za Owenem, wolę nieco schizofrenicznych komików w stylu nieodżałowanego Robina Williamsa czy Jima Carrey'a, którzy zawsze skrywali coś pod salwami śmiechu, dlatego byli wiarygodni.


Ważnym elementem filmu jest wszechobecna popkultura. Nie jest jednak tłem czy bohaterem negatywnym, jakąś taką powszechną głupią papką. Wręcz przeciwnie, towarzyszy chłopcu i jego rodzinie w wielu momentach ich życia i to z bardzo pozytywnym skutkiem. Saga "Star Wars" zawsze kojarzyła mi się z rysunkiem Andrzeja Mleczki, w którym ciężarówka Star uderza w wagon restauracyjny Wars. Na dobrą sprawę gdyby zabrać im te wszystkie świetlne miecze, stroje, statki powietrzne i kosmos, to zostałoby niewiele. Ale to właśnie te elementy scenografii występują w życiu młodych ludzi, jako atrybuty odwiecznej walki dobra i zła. Tak jest obecnie i w moim domu. Jeżeli jednak te miecze czy maski Vadera mogą choćby w znikomym stopniu poprawić czyjś bardzo zły humor, pochodną jego głębokich problemów, to jestem jak najbardziej za. Sorry Indiana i Max :)
W filmie pojawia się także symboliczne nawiązanie do jednego z pierwszych wielkich utworów Dawida Bowiego. Kto zgadnie o jaką piosenkę chodzi?

Jak w każdym nawet najwybitniejszym filmie amerykańskim jest tutaj kilka mielizn i symbolicznych uproszczeń. Malkontenci powiedzą, że były już takie historie, np. "Maska" z udziałem Cher, że atmosfera jest jak w serialach "Cudowne lata" czy "Dzień za dniem". Jednak film dostarcza sporo refleksji - dzieciom, młodzieży, rodzicom. Niektórzy może nawet przejdą swoiste katharsis. Pani od muzyki na pewno...
Trwa ładowanie komentarzy...