O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Jazz Train

Ravi Coltrane podczas 53. festiwalu Jazz nad Odrą
Ravi Coltrane podczas 53. festiwalu Jazz nad Odrą fot. Marcin Ponikowski
W ciągu ostatniego roku przeczytałem kilka autobiografii i biografii, m.in. Urszuli Dudziak, Paula McCartney'a i Anthony’ego Kiedisa. Mam taki zwyczaj, że przy ważniejszych fragmentach stawiam sobie wykrzyknik, zostało mi to z czasów studiów. W biografii Coltrane’a postawiłem tyle wykrzykników, że ciężko znaleźć podobną ilość w innej przeczytanej przeze mnie biografii. Gros z nich powinno mieć jednak kształt emotikonu z szeroko otwartą gębą.

Coltrane według Coltrane'a | Chris DeVito | 2017

Johna Coltrane’a usłyszałem pierwszy raz 20 lat temu, kiedy na 20. urodziny dostałem moją pierwszą płytę jazzową „Kind of Blue”. Naczytałem się o niej wcześniej w nieodżałowanym miesięczniku „Brum”, medialnej kolebce ważnych postaci naszej dzisiejszej rzeczywistości. Później sporo solówek Coltrane’a słuchałem na pozostałych albumach Milesa z pierwszym wielkim kwintetem. Także całkiem niemało czytałem wówczas o saksofoniście w autobiografii genialnego trębacza. Jawi się w niej jako człowiek opętany przez muzykę wydobywającą się z wielkiej rury saksofonu. Miles zwracał wielokrotnie uwagę na to, że Coltrane grał non stop, na scenie, poza sceną, podczas podróży, cały czas zajmował się muzyką, zaniedbując codzienne, proste czynności, a nawet higienę. Miles przytacza zabawną historię, kiedy John idzie do dentysty wstawić sobie brakujące uzębienie. Davis jest przekonany, że zabieg spowoduje, że saksofonista straci bezpowrotnie swój sound. Obawy jednak szybko zostały rozwiane.
Przez wiele lat słuchałem różnych albumów wielkiego saksofonisty, lubię wracać do „Blue Trane” i oczywiście „A Love Supreme”. Cenię także wiele innych jego albumów, jak choćby „Coltrane's Sound” grany ostatnio przez jego syna Ravi'ego we Wrocławiu.


Rzemieślnik

John Coltrane w swoich nagraniach jawi się jako muzyk genialny i oryginalny, niezwykle charakterystyczny. Te atuty szły w parze z jego fizjonomią, to znaczy był wielkim facetem, najczęściej fotografowanym z dużym saksofonem tenorowym, a także z poważną i zamyśloną miną. Czyli swoją muzyką i sobą mówił: jestem mistrzem, wiem co robię od początku do końca, jestem najwybitniejszym saksofonistą mojego pokolenia. Tak przynajmniej można było go odbierać… do lektury opisywanej książki. Jej bohater to skromny, cichy, niemal zamknięty w sobie człowiek, skupiony na swoim rzemiośle, na codziennym rytuale ćwiczeń i poszukiwań, a także bardzo krytycznej ocenie własnych dokonań. Z tą kosmiczną wytrwałością, konsekwencją i skromnością byłby idealnym mnichem tybetańskim, względnie mistrzem Szaolin. Oto co mówiła o nim jedna z żon: „(…) John potrafił katować się po dwadzieścia cztery godziny na dobę bez jedzenia czy snu. Przerywał dopiero, kiedy nie był już fizycznie w stanie ćwiczyć dalej. Ale nawet gdy był już wyczerpany graniem muzyki, to mówił nią.”


Medialna mozaika

Coltrane jest w książce zbudowany z fragmentów swoich wypowiedzi dla prasy, artykułów wydawanych na okoliczność publikacji albumów, opinii niektórych bliskich lub dalszych mu osób. Gros treści wypełniają jednak wywiady z saksofonistą, na różnych etapach życia, dla bardziej lub mniej poczytnych mediów w USA i Europie. Ten kalejdoskop układa się zatem w ciekawy i merytoryczny zbiór informacji o muzyku. Konstrukcja biografii przypomina trochę jazzową „Grę w klasy”, na przykład wspomnienia z wczesnej młodości, okresu szkoły średniej i podstawowej, a także ze szkoły muzycznej, są przy końcu książki.

Najbardziej konkretne są wywiady z japońskimi dziennikarzami, pytania są proste, czasem naiwne, ale Coltrane spokojnie, a często także z dużym poczuciem humoru na nie odpowiada. Wśród nich pojawiają się także pytania o światopogląd czy politykę, a jedno dotyczy wojny w Wietnamie, która według muzyka powinna być szybko zakończona.
Filip Łobodziński, tłumacz biografii, podczas spotkania z czytelnikami podkreślił tragicznie niską ilość zwartych publikacji jazzowych w Polsce. Dlatego książka o najwybitniejszym saksofoniście jest swego rodzaju perełką. Tłumacz wzbogacił oryginalną treść o wiele przypisów, bez których ciężko byłoby przebrnąć przez ogrom faktów, muzyków, miejsc czy wydawnictw.


Muzyka i muzycy według Coltrane’a

Relację saksofonisty z muzyką można określić jako wielką namiętność, pełną oddania i uszanowania. Miał on także świadomość funkcji swojej twórczości, w jednym z wywiadów powiedział: „Wiem, że chciałbym tworzyć muzykę piękną, taką, która daje ludziom dokładnie to, czego pragną. Taką, która podniesie ich na duchu, pozwoli im poczuć szczęście – na takich wartościach mi zależy”.

Coltrane z wielką estymą odnosił się do swoich kolegów po fachu, oczywiście najwyżej oceniał relacje z mentorami i muzykami, którzy mieli na niego największy wpływ, czyli m.in. Milesem Davisem czy Ravi Shankarem. Darzył jednak dużym szacunkiem i uznaniem również młodszych kolegów: „I gra jeszcze taki koleś, teraz jest w wojsku, nazywa się Wayne Shorter. Czuję, że będzie miał ogromny wkład, bo ma po dwakroć talentu. Umie grać, ma naprawdę co grać, potęga, no i potrafi jeszcze komponować jak cholera.” Saksofonista wypowiedział te słowa w 1958 roku, kiedy młodziutki Wayne Shorter pewnie jeszcze nie był brany pod uwagę jako filar drugiego kwintetu Milesa. Dziś, z perspektywy dziesięcioleci, a zwłaszcza ogromnego wkładu kompozytorskiego Shortera w historię muzyki, trzeba przyznać, że jego wielki poprzednik miał 200% racji.

Sporo miejsca w książce zajmują mentorzy Coltrane’a, głównie Miles Davis i Thelonious Monk. Jeden cytat jest znamienny: „Miles to dość dziwny facet, niewiele mówi, rzadko dyskutuje o muzyce. Wiecznie robi wrażenie, jakby był w złym nastroju, jakby nie był zainteresowany czy poruszony tym, co inni grają. W takiej sytuacji bardzo trudno wyczuć, co masz robić, i może dlatego właśnie zacząłem grać to, co chciałem. Monk jest zupełnym przeciwieństwem Milesa, gada o muzyce bez przerwy i tak bardzo mu zależy, żebyś wszystko zrozumiał, że jeśli tylko o coś zapytasz, potrafi odpowiadać godzinami, jeżeli tyle trzeba będzie, żeby wszystko dotarło. Z kolei reakcje Milesa są nieprzewidywalne. Potrafi zagrać z nami kilka taktów, po czym odejść sobie Bóg wie gdzie i zostawić na samych.”


Frank Kofsky

Najbardziej obszerną, a jednocześnie najciekawszą i bardzo treściwą rozmowę z saksofonistą przeprowadził Frank Kofsky, dziennikarz, muzyk, a także historyk marksizmu. Wątków jest bardzo dużo, z szerokim kontekstem. Najwięcej zajmuje oczywiście muzyka. Już na początku rozmowy pada stwierdzenie, że większość zmian oraz innowacji w muzyce popularnej generują czarnoskórzy artyści. Część wywiadu zajmuje rozmowa o prawdopodobnie najbardziej ekscentrycznym ze wszystkich artystów: „Kofsky: Sun Ra czuje gorycz; uważa, że podkradłeś mu wszystkie pomysły i przedstawiłeś je jako swoje, w ogóle że wszyscy skradli mu wszystkie jego pomysły. Coltrane: Może coś w tym jest [śmiech]. Słyszałem go i wiem… wiem, że robi, że robił rzeczy, które ja też chciałem.”
Wywiad odnosi się także do spraw światopoglądowych czy problemów wynikających z nierówności społecznej. Sporo miejsca zajmuje w nim także dziennikarstwo muzyczne, jako specyficzny pośrednik między artystami a publicznością, który powinien być merytorycznie przygotowany do swojej misji.


Lamus ciekawostek

Oryginalna jest rozmowa Coltrane’a, podczas której nie miał świadomości, że jest nagrywany. Tym samym jest ona tyle spontaniczna, co szczera, zwłaszcza w zakresie duchowości, tak ważnej w twórczości autora „A Love Supreme”.
Coltrane był przede wszystkim saksofonistą, ale kochał brzmienia harfy, grywał także na gitarze. Niektóre instrumenty znalazły się w jego rękach przez przypadek, jak np. saksofon sopranowy zostawiony przez innego muzyka w samochodzie, jakim podróżował Coltrane.
Ravi Coltrane, syn Johna, który także jest saksofonistą, otrzymał imię po wielkim "sitarzyście", czyli Ravim Shankarze. Coltrane przyznał w jednym z wywiadów, że bardzo chciał nagrać z hinduskim wirtuozem płytę.
Trwa ładowanie komentarzy...