NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Muzyka astralna, czyli nieziemska

josefleimberg.com
Josef Leimberg. Nie widząc nic poza imieniem i nazwiskiem od razu pomyślałem, że muzyk jest nowojorczykiem, którego pradziadowie czcili Jahwe i pochodzili z małej wsi na końcu Europy, a rodzice nadali mu słusznie biblijne imię jednego ze swoich zacnych przodków, który podjął odważną decyzję o podróży do ziemi obiecanej. Sądzenie po pozorach jest naszym pierwszym, bezwarunkowym odruchem. A tu się za chwilę okazuje, że ten czarnoskóry producent muzyczny pochodzi z Los Angeles i ma na swoim koncie współpracę z takimi gwiazdami jak Kendrick Lamar, Snoop Dogg czy Terrace Martin. Ale on na pewno nie jest POPulistą, w przeciwnym razie w ogóle bym się tu nad nim nie rozwodził…

Astral Progressions | Josef Leimberg | 2016

Josef Leimberg na pewno robi to, co szczerze kocha, bo z perspektywy przemysłu muzycznego gra na trąbce praktycznie bezinteresownie, dla czystej przyjemności. To znaczy zarabia kasę jako współpracownik topowych gwiazd, ale własne kompozycje realizuje z innymi pasjonatami, w zaciszu swojego Eagle Rock Studio. Nie robi z tego wielkiej sprawy, a do niej jeszcze większej oprawy.

Recenzję jego pierwszego solowego albumu "Astral Progressions" zacznę niestandardowo, bo od strony graficznej. W sumie nadal jest tak, że nawet jeżeli pierwszy kontakt z danym wydawnictwem jest w sieci, a nie w sklepie z płytami, to najpierw widzimy okładkę. Czyli znowu wyłazi pierwsze wrażenie i ocenianie zawartości po opakowaniu. W przypadku "Astral Progressions" jest akurat bardzo a propos, bo to jawne nawiązanie do prac Matiego Klarweina, który stworzył okładki albumów "Bitches Brew" Milesa Davisa czy „Abraxas" Carlosa Santany, a także projektów Roberta Springetta, który jest autorem plastycznych obrazów zdobiących m.in. fusionowe albumy Herbiego Hancocka.

Fusions

Kamasi Washington, który gra w jednym z utworów na "Astral Progressions", na debiutanckim albumie "Epic" proponuje głównie jazz. Miles Mosley na swoim „Uprising” opiera się przede wszystkim na R'n'B. Esperanza Spalding w ramach każdego wydawnictwa trzyma się określonej stylistyki, często ukształtowanej w autorski, charakterystyczny sposób, ale nie skacze po różnych gatunkach muzycznych. Josef Leimberg na "Astral Progressions" proponuje muzyczną podróż przez gatunki i stylistyki, które są odrębne, ale jednocześnie są blisko siebie, a więc chronologicznie blues, jazz, R'n'B, fusion i hip hop. Kolejne utwory to inne światy, ale muzyk bardzo sprawnie je łączy. Przede wszystkim za sprawą charakterystycznych elementów tła, głównie osobliwych chórków, improwizowanych głosów stricte jazzowych instrumentów, czyli jego trąbki, saksofonu Kamasi’ego czy klarnetu basowego, a także świeżo brzmiącej sekcji rytmicznej, czyli perkusji i basu.

Pierwszy utwór „Spirits of the Ancestors” otwierają niepokojące zaśpiewy chórków. Za chwilę pojawia się trąbka puszczona przez delay, z charakterystycznymi powtórzeniami i nie mamy złudzeń, że "Bitches Brew" jest sporą inspiracją dla trębacza. Szkoda tylko, że nie dołożyli w tym utworze jeszcze klarnetu basowego, byłaby pełnia szczęścia.

„Interstellar Universe” wypełnia dialog charakterystycznego saksofonu Kamasi Washingtona z równie specyficzną trąbką lidera projektu. Tło jest gęste, głównie za sprawą nałożenia wielu przeplatających się niskich i wysokich warstw wokalnych. Może dla całości dobrze byłoby zwolnić gdzieś na chwilę w środku lub zmniejszyć ilość dźwięków, ale to tak przy okazji się czepiam.

„As I Think of You” to pierwszy utwór wokalny na płycie. Śpiew Georgi Anne Muldrow ma w sobie wiele z klasyki stworzonej przez soulowe boginie. Ale ma też bardzo ciekawą i charakterystyczną manierę. Na pewno wyróżnia się na tle innych wokalistek.

Początek „The Awakening” przywodzi na myśl wokalne zaśpiewy ze ścieżki „Nieustraszonych pogromców wampirów” autorstwa Krzysztofa Komedy. Później jest już mniej wokalnie i filmowo, a bardziej leniwie i przestrzennie, głównie za sprawą dłuuugich dźwięków trąbki. I tutaj właśnie pojawia się długo oczekiwany klarnet basowy. Czyli inspiracje „Bitches Brew” Milesa Davisa są jeszcze bardziej ewidentne.

W „Between Us 2” słychać kolejną soulową wokalistkę… no tak się przynajmniej wydaje. Bilal to jednak facet, którego frazowanie przypomina nieco manierę Davida Bowie’go. Ciekawie zapętlony podkład instrumentalny z przepięknymi smyczkami i delikatną gitarą. Urokliwy kawałek.

„Celestial Visions” to nawiązanie do najlepszych tradycji instrumentacji klasycznych orkiestr na nutę jazzową, czyli dajmy na to do musicali czy oper George’a Gershwina. Bardzo subtelne i piękne granie.

Tytułowy utwór „Astral Progressions” to hip hop, czy jak się kiedyś mawiało rap, w czystej postaci. Także trochę sentymentalny, bo w tle pojawiają się elementy dobrze znane z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Na przykład denerwujący mnie osobiście i permanentnie efekt „orchestra hit”, którego z lubością używali kiedyś nawet najwięksi. Tutaj nie dominuje, może dlatego jest bardziej strawny niż te z przeszłości. Ponieważ dla mnie gadanie nigdy nie było muzyką sensu stricte, a muzyka była i jest w hip hopie jedynie tłem do gadania, to ciężko mi recenzować jakoś ten kawałek. Słuchamy dalej.

„Lonely Fire” to jak dla mnie najlepsza rzecz na albumie. Nie tylko dlatego, że to cover z wymienionego tu wielokrotnie "Bitches Brew" Milesa Davisa. W interpretacji Leimberga sekcja dęta brzmi surowiej, dzięki masywnej perkusji utwór jest bardziej wyrazisty, tło jest pełne sitara, a pierwszy plan wypełniają długie dźwięki trąbki. Najkrócej mówiąc to tak, jakby Pink Freud i Erik Truffaz pojechali we wspólną trasę koncertową po Indiach. Myślę, że gdyby Miles Davis porwał się na powrót do klimatów „Bitches Brew”, to na pewno zaprosiłby do współpracy Josefa Leimberga. Pewnie bardziej w charakterze producenta, bo od czasów współpracy z Dizzy Gillespie’m Miles grał raczej pierwszą i jedyną trąbkę w swoim zespole. Chociaż, znając Milesa wszystko byłoby możliwe, także dwie trąbki puszczone przez delay.

„Echoes of One” jest kolejnym utworem z dominującą wokalistką. Tym razem jest to Jimetta Rose, a całość jest posadowiona na najlepszych standardach R’n’B. Nie ma tu jakichś nowinek, jak dajmy na to w „Between Us 2”, ale dobrze czasem odetchnąć.

„Psychedelic Sonia” to ostatni i najdłuższy utwór na albumie. W zasadzie jest to słuchowisko, czyli długa wypowiedź Soni, której towarzyszy piękne, pastelowe i subtelne instrumentalne tło. Sonia jest kobietą bliską sercu lidera, on sam przyznaje w wywiadach, że jest jego wielką inspiratorką. Wypowiedź dotyczy ważnych życiowych spraw, ale przede wszystkim tego, żeby nie przestawać być ciekawym świata, starać się odkrywać jego właściwości, bo inaczej życie będzie nudne i bezcelowe. Twórca „Astral Progressions” na pewno wziął sobie do serca te słowa w wymiarze muzycznej kreacji.

Dojrzałe debiuty

Josef Leimberg , podobnie jak Miles Mosley czy - jakby nie patrzeć - Kamasi Washington, zadebiutował jako samodzielny artysta dosyć późno. A może właśnie nie! Może środek życia człowieka jest najlepszym momentem, żeby zaprezentować swoje najlepsze, przemyślane, słowem dojrzałe dokonania.
Dojrzałość Leimberga, oprócz tej biologicznej, polega na tym, że sprawnie łączy ambitną muzykę improwizowaną, w sporym wymiarze jazzową psychodelię, z dźwiękami zdecydowanie przyjemniejszymi dla mas. I choć repertuar jest dosyć zróżnicowany, to dzięki charakterystycznym strukturom i brzmieniom robi to efektywnie i, co najważniejsze, nie na siłę, czyli wiarygodnie.
Leimberg, podobnie jak Erik Truffaz, jest obecnie jednym z ciekawszych trębaczy, zwłaszcza w wymiarze łączenia muzycznych światów jazzu i mainstreamu. Czyli idealnie wpisuje się w ideę fusion i world music, której podwaliny tworzyli Miles Davis i Herbie Hancock.



PS
Zapraszam do pierwszej odsłony bloga na FB
Trwa ładowanie komentarzy...