NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Wspomnienia „Rekina” polskiego filmu

fot. Marcin Ponikowski
Pomalowali mnie na biało, żebym ładnie wyglądał w czarno-białym filmie, zmienili nazwę na „Christine” i zaczęli kręcić. Codziennie robiliśmy coś oryginalnego i pasjonującego. A ja byłem ciągle w centrum uwagi i stopniowo stawałem się równorzędnym aktorem, jak Leon Niemczyk, Zygmunt Malanowicz i Jolanta Umecka. Oprócz nich skakali po wszystkich moich częściach operatorzy i szef całego zamieszania, czyli reżyser Roman Polański. Tak powstawał „Nóż w wodzie”.

„Miło, że mnie odwiedziłeś, bo bardzo rzadko ktoś do mnie zagląda. Dobrze, że przyprowadziłeś swoją rodzinę – niech zobaczą rozpadającą się legendę polskiej żeglugi i kina. Stoję tak od wielu lat i czekam na wybawienie przed tragicznym losem. Pewnie już nigdy nie popłynę, nawet po małym jeziorku. A kiedyś pływałem po wielkich akwenach, w doborowym towarzystwie. Teraz jestem wrakiem, niemal próchnem, za chwilę wspomnieniem. Jeżeli możesz mi pomóc, to pomóż proszę!

Przekroczyłem osiemdziesiątkę. Jan Kasprowicz napisał kiedyś: "Mam lat osiemdziesiąt, dosyć, jak na człeka. Człek tu przeżył, a dyć nie wie, co go jeszcze czeka." I faktycznie nie wiem jaki będzie mój los… Cały czas żyję jednak nadzieją, że moja starość się odmieni, że znajdzie się jakaś instytucja lub bogaty pasjonat, którzy mi pomogą.

Zostałem zbudowany w połowie lat 30. ubiegłego wieku. Moja mahoniowa konstrukcja balastowa o łącznej długości 9 metrów posiada duże nawisy dziobowy i rufowy. Dzięki konstrukcji i żaglowi o powierzchni 40 m² byłem bardzo szybki i jednocześnie zwrotny, żeglowałem w sporych przechyłach. Mam świadomość, że obecnie niewiele zostało po mojej wielkości, a mój wielki żagiel jest daleko ode mnie. Jednak tak było.

Kiedy byłem młody, spędzałem całe sezony letnie na jeziorach mazurskich, niemal o każdej porze dnia, w najróżniejszych warunkach pogodowych. Nie jestem dumny ze wszystkich osób, które gościły na moim pokładzie. Ale byłem i jestem narzędziem w ludzkich rękach, także tych splamionych krwią niewinnych osób. Zabrałem kiedyś na pokład Hermana Goeringa i do dziś bardzo się tego wstydzę. Wówczas nie miałem jednak świadomości kto to jest. Był znajomym mojego ówczesnego właściciela, czyli Georga Teppera, który pasjonował się żeglarstwem.

Po wielkiej wojnie stałem się własnością nowych polskich władz, czyli PZPR. Otrzymałem imię „Rekin” i pływałem po moich kochanych jeziorach wraz z innymi jachtami działaczy partyjnych. Nadal doskwierało mi towarzystwo czarnych charakterów historii, wcześniej nazistów a teraz komunistów, ale nie miałem za bardzo wyboru. Poza tym najważniejsze było dla mnie żeglowanie, prawdziwa wolność, której nie zagwarantuje nawet najlepszy ustrój w najlepszym z państw.

I nadszedł pamiętny 1961 rok, kiedy pojawili się przy mnie młodzi polscy filmowcy. Pomalowali mnie na biało, żebym ładnie wyglądał w czarno-białym filmie, zmienili mi nazwę na „Christine” i zaczęli kręcić. Codziennie robiliśmy coś oryginalnego i pasjonującego. A ja byłem ciągle w centrum uwagi i stopniowo stawałem się równorzędnym aktorem, jak Leon Niemczyk, Zygmunt Malanowicz i Jolanta Umecka, którzy gościli na moim pokładzie. Oprócz nich skakali po wszystkich moich częściach operatorzy i szef całego zamieszania, czyli reżyser Roman Polański. Tak powstawał film „Nóż w wodzie”.

Najpierw myślałem, że tytuł filmu jest o mnie, bo przecież prułem powierzchnię jezior jak wielkie ostrze. Ale później okazało się, że młody aktor faktycznie wyciągnął nóż i zaczął mnie nim kłuć, jakby nie miał nic lepszego do roboty. A jak już się pobawił nożem, to w końcu ten wpadł mu do wody. Kiedy się tym aktorom przysłuchiwałem, to wyczuwałem napięcie, rywalizację pomiędzy panami o dominację i w końcu o jedyną panią na pokładzie. Często powtarzali te same zdania, więc z czasem straciłem zapał do słuchania. Raz było wesoło, bo kamera wpadła im do wody i musieli czekać kilka dni na nową. Innym razem operator wlazł mi na maszt z kamerą, albo aktor kładł się na żaglu, co było dosyć uciążliwe, ale później słyszałem, że wyszły z tych momentów piękne ujęcia. Czyli było warto.

Filmu z wiadomych względów nie widziałem. A szkoda, bo przecież napracowałem się tak samo jak inni aktorzy, a momentami byłem przecież jego głównym bohaterem. Słyszałem później, że film był bardzo krytykowany przez całe to partyjne towarzystwo, które gościło na moim pokładzie po 1945 roku. Za to świat na całe szczęście nie mógł wyjść z podziwu. Doceniono scenariusz, dojrzałą reżyserię, a także znakomite zdjęcia Jerzego Lipmana oraz genialną muzykę Krzysztofa Komedy. W bliskiej mi duchowo Wenecji przyznano filmowi nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI. W 1963 roku „Nóż w wodzie”, jako pierwszy polski film w historii, został nominowany do Oscara! W finale przegrał jednak z godnym przeciwnikiem, czyli arcydziełem Felliniego "8 i pół". Ale fakt jest faktem – byłem jachtem rozpoznawalnym na świecie. Mało tego. Hollywood chciał zrobić kolorowy remake, prawdopodobnie ze Spencerem Tracy i Elizabeth Taylor w rolach głównych. Jednak Roman Polański uznał, że film jest gotowy i nie chciał go realizować po raz drugi. Szkoda, bo może mógłbym wtedy wypłynąć na szerokie wody, podobnie jak reżyser. A tak zostałem w swoim czarno-białym obozie, ze słabymi perspektywami na przyszłość. A ponieważ film ze mną już powstał, to raczej nie było szans na kolejne główne role…

Następne lata upływały mi na żeglowaniu dla studenckiego ośrodka żeglarskiego Almatur, który obecnie nosi nazwę Międzynarodowego Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej. Pływałem tak sobie spokojnie z młodymi ludźmi, którzy w zamian za zdobywanie doświadczenia w żeglarstwie dbali o mnie. Aż pewnego dnia jakiś facet zaczął zdzierać ze mnie białą farbę. To był koszmar. Po tylu latach noszenia białego munduru, niczym wielki marynarz, poczułem się nagi. Zdarł farbę i zaczął mnie malować śmierdzącym lakierem. Trudno było to wytrzymać. Kiedy skończył i wróciłem do wody okazało się, że zrobił to fatalnie, bo woda i tak dostawała się pod nową warstwę lakieru. Tak zaczęła się moja powolna śmierć. Woda, z którą spędziłem przecież tyle czasu, bezlitośnie pustoszyła mój kadłub. Tragedia. Kiedy ludzie zorientowali się, że dzieje się ze mną coś bardzo złego, tak naprawdę toczy mnie śmiertelna choroba, było już za późno. Zdarli ze mnie źle położony lakier i zamknęli mnie w hangarze z różnymi gratami, które nawet nie wiedziały gdzie jest Wenecja.

Jeszcze na początku myślałem, że to będzie chwilowe, że zaraz jakiś doświadczony szkutnik naprawi mnie, a najlepiej pomaluje z powrotem na biało. Srogo się myliłem. Czekałem, czekałem i czekałem. Pojawiali się różni biznesmeni z takim czy innym pomysłem na mnie, ale żaden z nich nie rozwiązał problemu. Po wielu latach odwiedzili mnie nawet aktorzy i twórcy „Noża w wodzie”. Próbował też do mnie dotrzeć Polański, nomen omen jachtem. Jednak nic z tych wizyt nie wyszło. Kilka tygodni temu odwiedził mnie także Zygmunt Malanowicz. Jesteśmy w podobnym wieku i widziałem, że on także jest zmęczony życiem.

Jestem legendą, którą trudno przeliczyć na pieniądze, zwłaszcza jako próchniejący kadłub. Ale jak każda legenda powinienem być dobrze traktowany i nadal podziwiany przez ludzi, którzy są mnie ciekawi. Jestem zbyt zmęczony na pływanie, zresztą musiałbym przejść gruntowny i kosztowny remont, a najlepiej zostać odbudowany jako nowy jacht, bo stare i zniszczone części na niewiele się już dziś przydadzą.

Zrobiłem dla was tyle dobrych rzeczy, że należy mi się lepsze miejsce, najlepiej w muzeum z innymi zasłużonymi statkami czy okrętami, albo w muzeum polskiej kinematografii. Słyszycie! Mówię do was pasjonaci żeglarstwa i kina. To ja, główny bohater wielkiego filmu!”

PS
Zapraszam do pierwszej odsłony bloga na FB
Trwa ładowanie komentarzy...