NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Różowe glany Sigmunda

fot. Marcin Ponikowski
O uzależnieniu i właściwej psychoanalizie.

Na początek bardzo szczere wyznanie. Jestem uzależniony. I to całkiem poważnie. Od blisko 30 lat. Mój nałóg pochłania mnie całkowicie, zatracam się i nie jestem w stanie z niego wyjść. Poświęcam wiele energii, uczuć, czasu, a w końcu kasy, żeby go zaspokoić. Mój przypadek jest beznadziejny - zero szans na wyjście z nałogu do końca moich dni. Mało tego, wpędzają mnie w niego wszyscy: rodzina, znajomi, znajomi znajomych, artyści, radio, telewizja, internet... Od lat dawkują mi uzależnienie małymi porcjami. Posłuchaj tego, posłuchaj tamtego, masz płytę, epkę, singiel... Tu jest taki koncert, tam taki festiwal... Musisz to usłyszeć, wstyd tego nie mieć… A ja jestem bezsilny, bezradny, uległy i oddany tym wszystkim wspaniałym dźwiękom. I powiem Wam, że bardzo dobrze! :)
To przydługie wyznanie jest nie bez kozery, bo piszę o ludziach zakochanych w muzyce, których reakcja na nią jest tak silna, że cały czas radują się słuchając jej lub ją wykonując, a także non stop o niej mówią. O swojej miłości wiele słów już napisałem powyżej i we wcześniejszych publikacjach. W poprzednich wpisach do blogu wspominałem o roześmianych muzykach, takich jak Jeff "Tain" Watts czy Guy Nsangué Akwa. Teraz napiszę o Wojtku Mazolewskim, człowieku szczerze zakochanym w tym, co robi. A robi bardzo dużo, z wieloma artystami, niezwykle intensywnie i z największym zaangażowaniem. To już nie jest człowiek orkiestra, to CZŁOWIEK KOSMOS.

Psychoanaliza dźwiękami

Moje uzależnienie od Pink Freud zaczęło się kilkanaście lat temu i trwa do dziś, w zasadzie bez przerwy. Opisanie przeżyć po wielokrotnym wysłuchaniu wszystkich albumów i wielu koncertów w ich wykonaniu będzie nierealne. Kamieniami milowymi w historii zespołu, oprócz oczywiście największego głazu w postaci lidera, są dwa podstawowe składy, które tworzyły Pink Freud na przestrzeni lat. Zażywam regularnie „Sorry Music Polska” czy „Monster of Jazz”. Terapeutycznie działa na mnie surowość i intensywność „Horse & Power” i „Pink Freud Plays Autechre”. Metoda leczenia wynika w dużej mierze z niezwykłego bogactwa inspiracji ujawnianych na różnych etapach działalności Pink Freud - Charles Mingus, Nirvana czy Weather Report.
W większych dawkach wchłaniam zazwyczaj niepowtarzalne melodie, które są ciekawie skontrastowane z wyrazistym i surowym tłem. Na przestrzeni lat wiele się takich pięknych tematów pojawiło, wymienię chronologicznie kilka topowych dla mnie: "A Tibute To Don Johnson", "Wszystko płynie", "Polanski", "G-Spot", "Cichli".

Autechre Plays Yass

Nie będę się chwalił, że znam dobrze twórczość Autechre. Cenię jednak dokonania innych klasyków muzyki elektronicznej na przestrzeni ostatnich 40 lat i muszę przyznać, że już samo myślenie o jazzowym wymiarze muzyki stricte elektronicznej daje dużo do myślenia. Czasami jednak efekt jest ważniejszy od inspiracji (przepraszam fanów Autechre). Jak zwykle we wszystkim co robi Wojtek Mazolewski z kolegami z WMQ i PF całość ma swoje odpowiednie proporcje: melodie, improwizacja, chaos. A tematy są piękne, zwłaszcza w nowym jazzowym brzmieniu. Chciałoby się ich słuchać cały czas. Mam świadomość, że to nie do końca autorski album. Ale jeżeli nawet podchodzić do przedsięwzięcia bardzo krytycznie i zestawić je na przykład z translacją literacką, to porównałbym je do tłumaczenia "Gry w klasy" w wykonaniu Zofii Chądzyńskiej. Julio Cortázar zachodził w głowę, jak to możliwe, że powieść była ogromnie doceniana w Polsce. Dla mnie z albumem „Pink Freud Plays Autechre” jest podobnie. Notabene „Gra w klasy” ma bardzo dużo wspólnego z jazzem.

Koncert w studiu Polskiego Radia Wrocław (20.05.2017) był bardzo wierny zawartości płyty, zwłaszcza w wymiarze jakościowym. Czasami miałem wrażenie, że odtwarzana jest muzyka z albumu, co jest dużym komplementem, bo utwory są skomplikowane wykonawczo, strukturalnie i brzmieniowo. Muzycy oczywiście robili sporo improwizowanych wycieczek z różną intensywnością i długością, ale trzon koncertu stanowiły tematy z płyty. Najbardziej zapracowany był Adam Milwiw-Baron, który równocześnie świetnie grał na trąbce i obsługiwał sporych rozmiarów elektroniczną aparaturę. Była wisienka na bis, czyli „Mademoiselle Madera” w nowej, intensywniejszej, energetyczniejszej i dosyć rozbudowanej wersji.
Akustyka sali radiowej bardzo pomogła dobrze słyszeć niemal wszystkie dźwięki, które często piętrzyły się w krótkich momentach. Multimedia i oświetlenie efektownie współgrały z muzyką. Wszechobecną ciemność rozświetlały pojedyncze strumienie różnokolorowych świateł. Uchwyciłem to zjawisko na zdjęciach.

W drodze na odlot

Po koncercie pokręciłem się chwilę po foyer, kupiłem najnowszy singiel winylowy WMQ "London/Theme De Yoyo", zamieniłem słowo z menedżerem Pink Freud. Zbierałem się do wyjścia i w tym samym momencie wychodził Wojtek Mazolewski. Zrobiłem z nim sobie szybkie selfie, bo mimo wielu wcześniejszych spotkań jakoś nie było okazji, i szedłem w kierunku auta. Zauważyłem, że on także idzie w tym kierunku. Okazało się, że śpieszył się na lotnisko. Zaproponowałem, że go podwiozę, bo i tak jadę w tamtym kierunku, a taksówka przyjedzie za jakąś chwilę. Nawet gdybym mieszkał w Wałbrzychu to też byłoby mi po drodze... Jechaliśmy i rozmawialiśmy oczywiście o muzyce.

Planowałem opisać tutaj krótko naszą rozmowę, dla mnie niecodzienną. Ale zanosi się na to, że raczej zachowam ją dla siebie i znajomych...



PS I
Zachęcam do odwiedzenia mojej galerii z koncertu!

PS II
No i niezmiennie zapraszam do pierwszej odsłony bloga na FB
Trwa ładowanie komentarzy...