Neo też gra jazz

Paweł Kaczmarczyk podczas 53. festiwalu "Jazz nad Odrą".
Paweł Kaczmarczyk podczas 53. festiwalu "Jazz nad Odrą". fot. Marcin Ponikowski
To będzie improwizowany wpis, tak na jazzowo. To znaczy parę nutek, akordów i tematów sobie nakreśliłem, a reszta popłynie sama. Adekwatna będzie zatem długość wpisu. Ale to mój debiut w zakresie recenzji festiwalu JnO, więc nie będę sobie żałował. Pierwszy raz od kilkunastu lat wybrałem się na wydarzenie muzyczne bez przygotowania, czyli bez dokładniejszej wiedzy o tym kto gra, z kim, na czym. Powiedziałem sobie, że mam słuchać muzyki i na tym się skupić. Byłem jedynie uzbrojony w akredytację foto. Na tych, którzy dotrwają do końca czeka niespodzianka :)

53. festiwal „Jazz nad Odrą” | 26-30.04.2017 | Wrocław


Podróż za kilka uśmiechów

Zaczęło się od spotkania z Filipem Łobodzińskim, który całkiem sprawnie i współcześnie tłumaczy ważne książki o jazzie. Zajął się m.in. nową translacją autobiografii Milesa Davisa. Spotkanie dotyczyło jednak sylwetki i publikacji o innym wielkim muzyku, który wiele lat grał z Milesem, a mianowicie Johna Coltrane’a. Książkę "Coltrane według Coltrane’a" aktualnie czytam. Mam taki zwyczaj, że przy ważniejszych fragmentach stawiam sobie wykrzyknik (zostało mi to z czasów studiów). Przed połową książki postawiłem już tyle wykrzykników, że ciężko znaleźć podobną ilość w całej innej przeczytanej przeze mnie autobiografii muzyka. I tyle w zasadzie mógłbym napisać o treści :) A może jednak jeden fragment skomentuję. Bardzo ciekawa jest rozmowa Coltrane’a, podczas której nie miał świadomości, że jest nagrywany. Tym samym jest ona tyle spontaniczna, co szczera, zwłaszcza w zakresie duchowości, tak ważnej w twórczości autora „A Love Supreme”. Wracając do spotkania, to Filip Łobodziński podkreślił tragicznie niską ilość zwartych publikacji jazzowych w Polsce. Dlatego książka o najwybitniejszym saksofoniście jest swego rodzaju perełką. Tłumacz wzbogacił oryginalną treść o wiele przypisów, bez których ciężko byłoby przebrnąć przez ogrom faktów, muzyków, miejsc czy wydawnictw.


Młoda Odra

Ale miałem pisać o muzyce, czyli jaki mówili Monk, Zappa czy Costello: tańczyć o architekturze. A propos. Od wielu lat z lubością i - prawdę mówiąc - autoironią używałem cytatu "pisanie o muzyce jest jak taniec o architekturze"... Jako autora zawsze wskazywałem Theloniousa Monka, bo wyczytałem o tym chyba u Chrisa Cutlera w bardzo ciekawej książce "O muzyce popularnej". Przy okazji polecam ją jako skondensowane źródło wiedzy o muzyce, głównie alternatywnej. Cytat przypisywano także Elvisowi Costello. No to już wolałem mówić o Monku, czułem się pewniej :) Później odkryłem, że autorem słynnej wypowiedzi jest Frank Zappa. Monk czy Zappa to już nie jest wszystko jedno, nawet biorąc pod uwagę kontekst, w jakim się cytuje, czyli jazz, rock czy pop. A ostatnio doszło jeszcze kilku ojców i parę matek tej słynnej wypowiedzi. Więc chyba jednak zostanę przy Monku :)
Wracam jednak do festiwalu JnO 2017. Na pierwszy ogień był prawdziwy ogień, czyli Kamil Piotrowicz Sextet z materiałem z albumu "Popular Music". Jak tak patrzyłem na młodych muzyków, to od razu przyszli mi na myśl weterani polskiego jazzu z lat 50. ubiegłego wieku, czyli Komeda, Trzaskowski, Namysłowski. Jakoś tak wizualnie mi się skojarzyli z okładek płyt, zdjęć z pierwszego festiwalu w Sopocie, a przede wszystkim z artykułów z pism „Jazz” i „Jazz Forum”.
Muzycznie było na bogato, ale wyłącznie akustycznie, bo jest to instrumentalnie klasyczny sekstet. Gdyby dołożyć im trochę elektroniki, to momentami przypominaliby nieodżałowanego Robotobiboka. Kamila Piotrowicza słyszałem pierwszy raz i od razu zwróciłem uwagę na to, że gra oszczędnie, robi piękne tła, doskonale uzupełnia solowe popisy kolegów. Nie dominuje jako lider, podobnie jak twórca cudnej muzyki do utworu „Po katastrofie”. Sekcja dęta, mimo że składająca się z samodzielnych i w niektórych przypadkach wybitnych już muzyków, grał w niej m.in. Kuba Więcek, była bardzo zgrana i bez kompleksów prezentowała skomplikowany i rozbudowany materiał. Najbardziej podobały mi się zakończenia fragmentów lub całych utworów dźwiękami na granicy ciszy.


Gwiazda? Artysta!

Ravi Coltrane jest jednym z nielicznych przykładów dzieci gigantów, które zrobiły karierę. Możemy się tylko domyślać, jak było i pewnie jest mu dobrze z ogromnym wyróżnieniem bycia synem wielkiego Johna, ale jednocześnie ciężko ze sporym obciążeniem psychicznym i artystycznym. Ale ja nie widziałem żadnych kompleksów, słyszałem na scenie bardzo dobrego saksofonistę, samodzielnego muzyka. Materiał pochodził z mniej znanej płyty Johna Coltrane’a „Coltrane's Sound” (1964). Ravi grał ciekawe kombinacje dźwięków w tym na wskroś klasycznym repertuarze. Słychać było czasem niezgranie z flugelhornem Piotra Wojtasika, ale jak się nie gra codziennie ze sobą, to ciężko się gra, nawet wybitnym muzykom jazzowym.
I słówko o wielkim polskim patriocie jazzowym, czyli Darku Oleszkiewiczu. Człowieku, który jako uznany muzyk i pedagog kontrabasu w USA, nie zapomniał o kraju nad Wisłą. I co roku przywozi gigantów amerykańskiego jazzu. Chwała mu za to i za kolejne pomysły! Podczas tej edycji JnO polecał, aby stojąc w korkach włączać sobie „A Love Supreme”, to podobno uspokaja. Ja mam tę płytę na inne okazje...


Vietato Fumare nie było :(

Marek Napiórkowski to od lat mój ulubiony polski gitarzysta. Czekam jedynie aż nagra jakąś rockową płytę z wieloma elementami improwizacji. Tym razem zaprezentował premierowy materiał, który po trasie ma się znaleźć na płycie. W projekcie o wiele mówiącej nazwie WAW-NYC biorą udział wybitni polscy i amerykańscy muzycy. Stało się to realne pewnie dzięki wspólnej pasji do grania, bo nie wyobrażam sobie, żeby jakaś topowo popelinowa polska kapela mogła zagrać trasę i płytę dajmy na to z Foo Fighters. Siłą rzeczy wszystkie utwory były premierowe i przeważnie bez tytułów. Ale akurat dwa z nich, jakie szczególnie przykuły moją uwagę swoją energetycznością, świeżością i w ogóle, były z tytułami: "Quantum Walk" i "Punkowy Walczyk". Tak dobrze grali, że w którymś momencie Markowi poszła struna. Widziałem wiele jego koncertów, większość z jednym z najlepszych polskich utworów gitarowych, czyli „Vietato Fumare”, ale pierwszy raz byłem świadkiem pęknięcia struny w jego wykonaniu :)


Jazz Train

Jeff "Tain" Watts jest jak dobrze naoliwiona perkusyjna maszyna parowa. A przy tym strasznie wesoły, roześmiany i dowcipny facet. Cały czas się uśmiechał, non stop. Do muzyków, do publiczności, do dźwiękowców. W którymś momencie wypatrzył mnie na balkonie z aparatem i też się uśmiechał. Umieścił nawet swoje roześmiane zdjęcie na profilu FB. Mam przyjemność być autorem tego zdjęcia :). Po koncercie podszedłem do niego i powiedziałem, że musi być bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo cały czas uśmiechał się do wszystkich. Odpowiedział, że uśmiech jest dla niego jak chodzenie. Bardzo mi się to spodobało, zwłaszcza w kontekście muzyki, jaką tworzy.
Muzyka kwartetu była bardzo różna. Czasem bardziej swingująca, ale było też sporo free. Nie zabrakło części wokalnych, śpiewanych przez… perkusistę. David Kikoski, naprawdę genialny pianista, był tak zaangażowany, że spadły mu okulary. Od razu pomyślałem, że powinien mieć specjale okulary jak koszykarze czy szczypiorniści :) Zapamiętałem dobrze dwie kompozycje: świeżutką „Hill People”, a także „Sarcasm” z komicznymi wtrętami wokalnymi Wattsa.
Jako że blog jest także o filmie, a ostatnio zaniedbuję ten obszar w pełnej rozciągłości, a może po prostu nie widziałem dobrego filmu od miesięcy, to kilka słów także o najważniejszej ze sztuk. Jeff "Tain" Watts dosłownie zagrał perkusistę w moim ulubionym filmie o jazzie, czyli w zjawiskowym "Mo' Better Blues" Spike’a Lee. I tyle.


Berek!!!

Dosyć późną wieczorową porą materiał z nowej płyty zaprezentował Mateusz Smoczyński. W zasadzie był to także koncert jego brata Jana, który jest współautorem projektu jako kompozytor i pianista. „Berek” to materiał nawiązujący do najlepszych tradycji na wskroś polskiego jazzu, inspirowanego muzyką ludową, w jakim najważniejsze rzeczy działy się za sprawą Zbigniewa Namysłowskiego i Michała Urbaniaka. Mogłoby się wydawać, że o tyle trudno będzie Smoczyńskim stworzyć coś nowego. Ale okazuje się, że jest nowa jakość, bardziej liryczna i delikatniejsza niż ta, jaką można usłyszeć na płytach „Kujawiak Goes Funky” czy „Eden”. Skrzypce i fortepian Smoczyńskich, a także gitara Konrada Zemlera są wysublimowane, co nie oznacza, że materiał nie ma żywszych i skocznych momentów. Dobra polska muzyka.


Debiut na miarę JnO

Skicki-Skiuk zaintrygowali w tamtym roku do tego stopnia, że teraz mieli w składzie Leszka Możdżera, na ten jeden koncert. Gigant polskiego fortepianu słusznie wspiera młodych polskich muzyków, którzy za chwilę będą musieli zastąpić innych, wiekowych już gigantów. Poszedł w tym względzie drogą swoich amerykańskich kolegów, tj. Hancocka, Millera i Shortera.
Skicki-Skiuk to czwórka młodych przyjaciół, a w zasadzie kumpli, co wyraźnie słychać i widać. Taka energia nie może się zmarnować, na całe szczęście. Zagrali trochę swoich, a trochę Możdżera rzeczy. Czasem było bardzo energetycznie, czasem nieco mniej. Ale za sprawą bezkompromisowości, świeżości i wspólnej zabawy graniem dali orzeźwiający koncert. Nie było kompleksów w stosunku do Możdżera, a zwłaszcza publiczności. Bardzo podobało mi się, jak gitarzysta podkręcał głośność, dzięki czemu brzmienie gitary było bardziej wyraziste i rockowe, nie stricte jazzowe, czyli trochę melancholijne i przytłumione.


Wyrocznia w akcji

Kendrick Scott Oracle był dla mnie podczas festiwalu jazzowym objawieniem. Połączenie energii doświadczonych muzyków (perkusja, saksofon, gitara) z młodymi jazzowymi debiutantami (fortepian, bas) dało gigantyczny efekt. Basista uczęszcza do elitarnej szkoły Juilliard School, w której przez krótki okres dokształcał się Miles Davis. Natomiast młodziutki pianista – jak powiedział Kendrick Scott - jeszcze nawet się nie całował :)
Nie chcę tutaj nikogo faworyzować, robić jakichś rankingów, rozwodzić się nad jakością jazzu w Polsce i USA. Jednak dla mnie to było wydarzenie. Dawno nie słyszałem koncertu na takim poziomie pod kątem doboru repertuaru i jakości wykonania. Jednak najważniejszym atutem koncertu była nowoczesność tej muzyki, płynąca także z małych przenośnych urządzeń.
Nie bez kozery Kendrick Scott nazwał przedsięwzięcie Oracle (patrz „Matrix”). Dodatkowo to wrażenie podkreślała sylwetka Mike’a Moreno, gitarzysty, który przypomina nieco filmowego Neo.


Multijazz

Pawła Kaczmarczyka usłyszałem pierwszy raz na koncercie… w schronisku w Bieszczadach jakieś 10 lat temu. Grał wówczas w projekcie New Bone Tomasza Kudyka. Zjawiskowy koncert, ale jeszcze bardziej niezwykłe były pasaże na elektrycznym pianinie w wykonaniu tego bardzo młodego wówczas muzyka. Kojarzyły mi się z najlepszymi latami wybitnych pianistów fusion: Corea, Zawinul, Hancock.
Jeżeli mierzyć ostatni koncert Audiofeeling, czyli autorskiego projektu pianisty, miarą nowoczesności, to pod względem połączenia muzyki i strony wizualnej był to najbardziej multi show podczas ostatniego JnO. Trochę jak koncert Nik Bärtsch's RONIN podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu. Oprócz fortepianu, kontrabasu i perkusji pojawił się DJ i operator efektów wizualnych, które były prezentowane na niewielkim ekranie. Swoją drogą subtelnie korespondowały z muzyką. A jeżeli chodzi o nią, to występ był poświęcony premierowemu materiałowi z płyty „Something Personal”. Dominował fortepian, z którego płynęły ciekawe i bardzo inteligentnie poukładane dźwięki. Kaczmarczyk potrafi bardzo sprawnie operować ciszą i pauzami, dzięki czemu bardzo dużo dzieje się w jego muzyce.


Coda

53. „Jazz Nad Odrą” zapamiętam przede wszystkim jako festiwal młodych ludzi (również mentalnie), a także wybitnych pianistów, gitarzystów, a zwłaszcza perkusistów. Trochę żałowałem, że nie pojawił się Artur Dutkiewicz ze swoim świeżutkim albumem „Traveller”, który zachwyca mnie już od kilku tygodni, ale nie można mieć wszystkiego.


KONIEC I BOMBA, A KTO NIE SŁUCHA JAZZU TEN TRĄBA! :)


PS I
Zachęcam do odwiedzenia mojej galerii z festiwalu. Muzycy już to zrobili :)

PS II
No i niezmiennie zapraszam do pierwszej odsłony bloga na FB
Trwa ładowanie komentarzy...