Molier jazzu

fot. Marcin Ponikowski
Kiedy byłem małym chłopcem najważniejszym muzykiem francuskim był dla mnie Jean Michel Jarre. Do dziś uważam "Oxygene" za jeden z najlepszych albumów ever. Taki elektroniczny Bach. Jako dzieciak często puszczałem sobie wideo z koncertem JMJ i udawałem, że gram razem z nim na harfie laserowej. Kręciło mnie to bardziej niż świetlne miecze Rycerzy Jedi zrobione z byle czego.

Jean-Luc Ponty | Imaginary Voyage Duo | Era Jazzu | 08.04.2017, Poznań


Kiedy miałem 20 lat muzyka francuska praktycznie dla mnie nie istniała. No może poza krótką przygodą z kapelą FFF, w przypadku której najbardziej przypadła mi do gustu… nazwa. Myślałem nawet całkiem niedawno, żeby zorganizować taki festiwal pod hasłem FFF (Funk Fusion Freak, względnie Fun Fusion Freak,) i umieścić w nim kapele pokroju The Budos Band, Breakestra, The Claypool Lennon Delirium, Invisible Astro Healing Rhythm Quartet, a także gwiazdy w stylu Snarky Puppy czy Kamasi Washington. Wysłałem nawet ten pomysł do jednego ważnego dyrektora, ale on odpisał dyplomatycznie, że nie ma czasu… No to ominą Was fajne kapele na żywo.

Kiedy dobiegałem trzydziestki dostałem od jednego z wiodących wrocławskich nauczycieli gry na perkusji, u którego akurat graliśmy próby, album Erika Truffaza "Bending New Corners”. Słuchając tego, co gram na basie, dał mi tę płytę i powiedział, że na pewno mi się spodoba. Tak było i jest do dziś. Uważam Truffaza za jednego z najważniejszych trębaczy, zwłaszcza w wymiarze łączenia muzycznych światów jazzu i mainstreamu. Jest dla mnie w tym względzie jednym z bardzo konsekwentnych spadkobierców oraz kontynuatorów idei Milesa Davisa.

Przełomowy w moim muzycznym życiu okazał się 44. Wrocławski Festiwal Jazzowy "Jazz nad Odrą", a dokładnie występ Jean-Luc Ponty & His Band (Jean-Luc Ponty - violin, William Lecomte - keyb, Guy Nsangué Akwa - b, Damien Schmitt - dr, Taffa Cissé - perc). Znałem oczywiście znacznie wcześniej dokonania wybitnego skrzypka z czasów jego współpracy z Mahavishnu Orchestra czy The Mothers of Invention Franka Zappy. Utwór „Vision Is A Naked Sword” to klasyka fusion, w dużej mierze dzięki elektrycznym skrzypcom Francuza. Jednak dopiero w 2008 roku na żywo przekonałem się o muzycznej sile tego artysty. Ważnym filarem występu był Guy Nsangué Akwa, który zmienił moje myślenie o graniu na basie. Najkrócej mówiąc był szczęśliwy jak dziecko wykonując karkołomne ewolucje na gryfie. Nie był skupiony, tylko cały czas się cieszył jak Louis Armstrong. Zrozumiałem wtedy, że można z grania muzyki czerpać głównie przyjemność i radość.

Na początku kwietnia 2017 roku po raz pierwszy wybrałem się do Poznania na festiwal Era Jazzu. Jednym z głównych bohaterów wydarzenia był Jean-Luc Ponty. Tym razem jednak w duecie ze swoim etatowym pianistą, czyli Williamem Lecomte. Obawiałem się, że nazbyt odczuwalny będzie brak sekcji rytmicznej, tworzącej ścianę dźwięków, na jakiej zazwyczaj opiera swoje pasaże Ponty. Myliłem się jednak bardzo, bo duet doskonale wypełniał całą przestrzeń i to głównie w akustyczny, nieelektroniczny sposób, co jest szczególnie zaskakujące. Było to możliwe głównie dzięki lirycznej specyfice utworów, wydłużonym dźwiękom, o charakterystycznej dla muzyka barwie. Sam repertuar był dosyć oryginalny, bo JLP połączył totalne premiery ze swoimi i nieswoimi evergreenami. Na bis pojawił się jeden z moich ulubionych utworów JLP, czyli „Mirage”, który siłą rzeczy zabrzmiał w nowy, minimalistyczny sposób. Trochę zabrakło mi charakterystycznej linii gitary basowej, ale to oczywiście zboczenie zawodowe.

Jeżeli próbować zdefiniować piękno brzmienia skrzypiec, to Francuz jest jednym z czołowych teoretyków w tym względzie. Jest jak mistrz w warsztacie, wiodący rzemieślnik w danej dziedzinie, skupiony od początku do końca na efekcie swojej pracy. I tak od grubo ponad 50 lat.

Przed JLP ze swoim bogatym brzmieniowo big bandem wystąpił Piotr Scholz, młody polski kompozytor, aranżer, dyrygent i gitarzysta. Projekt w założeniu trochę podobny do „UP!” Marka Napiórkowskiego, ale bardziej zbliżony muzycznie do multiinstrumentalnych opraw filmów z lat 70. ubiegłego wieku. Jest w tym duży potencjał, na pierwszy rzut ucha bardziej symfoniczny niż jazzowy, ale była to ciekawa podróż przez dźwięki. Zakupiłem album „Suite the road” Piotra Scholza i oswajam się jeszcze.

Podczas koncertu miałem dwa bardzo sympatyczne spotkania z ludźmi jazzu, jakby z dwóch stron tego samego muzycznego medalu. Przywitałem się z Dionizym Piątkowskim, głównym konstruktorem i realizatorem poznańskiego życia jazzowego od dziesięcioleci, z którego książek korzystałem podczas pisania pracy magisterskiej o początkach publicystyki jazzowej w Polsce. Uścisnąłem rękę, która witała niemal wszystkich gigantów współczesnego jazzu. Podczas koncertu obok mnie siedział jazzfan-weteran, z którym przegadaliśmy większość czasu pomiędzy kolejnymi artystami. Chodzący leksykon jazzu i rocka. Potwierdził, że jest jedynym żyjącym mieszkańcem Jeleniej Góry, który był na koncercie Milesa Davisa w Warszawie w 1988 roku. Czyli mniej więcej wtedy, kiedy ja „grałem” z Jean Michel Jarre’m na harfie laserowej :)

Zachęcam do zobaczenia mojej galerii z koncertu JLP.


PS
Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...