Lennon się w grobie przewraca... z radości :)

https://web.facebook.com/theclaypoollennondelirium/
Miało być o Johnie, bo jest rocznica i wypadałoby. Jednak on byłby na pewno bardziej szczęśliwy, gdybym zajmował się teraźniejszością, a najlepiej owocami jego życia i twórczości w kończącym się 2016 roku.


Mała retrospekcja. Początek 1996 roku. Deezer czy Tidal nawet nie występują w filmach science fiction. Naprawdę? Naprawdę. Zbliżają się moje 18. urodziny i Mama pyta, co chciałbym dostać. Jak zwykle zapewnia, że mogę zaszaleć. Ponieważ wcześniej spełniła moje muzyczne marzenie, dając niemałe pieniądze na pierwszą elektryczną gitarę, to ważę oczekiwania i proszę o album "Tales from the Punchbowl" zespołu Primus, o którym naczytałem się w "Tylko Rocku". Na kasecie magnetofonowej, bo jedynie kaseciaka i walkmana wtedy miałem. Ambitni koledzy słuchają wówczas Guns N' Roses, Aerosmith, czasem Nirvany i Pearl Jam, a ja jestem jakiś nienormalny z tym Primusem, instrumentalnym Beastie Boys i niezrozumiałym "One Hot Minute" RHCP. Muzycznych serwisów internetowych i Allegro też oczywiście jeszcze nie było, także w filmach science fiction i komiksach. Naprawdę? Naprawdę.
Nadchodzi dzień urodzin i dostaję Primusa na płycie CD. Dziękuję Mamie gorąco i serdecznie, ale zaraz delikatnie zwracam uwagę, że przecież nie mam jak odtworzyć takiej płyty. A Mama wyciąga nowiutki boombox firmy Panasonic, oczywiście z możliwością odtwarzania CD. Dziś ten zabytkowy sprzęt stoi w garażu. Z tego co kojarzę w środku siedzi "Antipop" Primusa, do którego często wracam w czasie robótek ręcznych. Primus działa na mnie niezwykle pobudzająco, podobnie jak Rage Against the Machine. Często przy ich muzyce latam odkurzaczem.

Tak więc moja przygoda z Primusem, czytaj Lesem Claypoolem, trwa z przerwami 20 lat. Natomiast moja przygoda z Seanem Lennonem w wymiarze muzycznym trwa zaledwie od kilku miesięcy. Ale obydwie darzę wielkim sentymentem, a nawet kultywuję niemal codziennie za sprawą niezwykle udanej kolaboracji pod enigmatyczną nazwą The Claypool Lennon Delirium. Jej owocem jest album „Monolith of Phobos”, czyli najkrócej mówiąc muzyczny wehikuł czasu, za pomocą którego przenosimy się do drugiej połowy lat 60. ubiegłego wieku. I nieźle upalamy z Pink Floyd, King Crimson, Soft Machine, Can i oczywiście The Beatles, a momentami nawet z Monty Pythonem. Te inspiracje są oczywiste, muzycy czerpią z nich z pełną premedytacją i całymi garściami. Tytułowy „The Monolith Of Phobos” rozpoczyna się niczym moje ulubione „Interstellar Overdrive” i „Astronomy Domine” z pierwszej płyty Pink Floyd. Generalnie jeżeli ktoś wspomina z łezką w oku albumy "Piper at the Gates of Dawn" (1967), 'White Album" (1968), "The Soft Machine" (1968), "In-A-Gadda-Da-Vida" (1968), "In the Court of the Crimson King" (1969) czy "Soundtracks" (1970), to w dziele duetu zakocha się szybko. Swoje muzyczne korzenie i fascynacje potwierdzają także repertuarem koncertowym, na przykład podczas Outside Lands Music & Arts Festival organizowanym w San Francisco, gdzie zagrali evergreeny King Crimson i Pink Floyd.

Mimo ewidentnie psychodelicznej konwencji panowie podzielili się bardzo symetrycznie i grzecznie na albumie „Monolith of Phobos”. To znaczy Lennon śpiewa oryginalnym wielogłosem i robi tła gitarowe, a Claypool robi to, z czego jest znany najbardziej, czyli genialnie gra na basie, a także oczywiście również śpiewa swoim cienkim głosikiem. Wówczas kawałki robią się bardzie primusowskie.

Przy całym multi dzisiejszej muzyki jest to superodważny krok, ale wykonany bardzo pewnie, profesjonalnie i na pewno do przodu. Miód na moje zmęczone wszechobecną POPeliną serce.

8 grudnia - czyli za chwilę - mija 36. rocznica śmierci Johna Lennona. Na pewno byłby zadowolony z dokonań syna, który w tamtym roku przekroczył 40. rok życia, tak symboliczny w biografii ojca i zapewne także syna...

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...