Bright Side of the Music

Koncert King Crimson | 20.09.2016 | Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu
Koncert King Crimson | 20.09.2016 | Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu fot. Marcin Ponikowski
Kiedyś wymyśliłem obraz na okładkę płyty. Otóż na cokole w formie białej marmurowej kolumny jońskiej stoi biały stratocaster Jimiego Hendriksa. Taka rockowa tabula rasa, która została wspaniale zapisana podczas platynowej dekady przez wielkich twórców, czyli pomiędzy rokiem 1966 (album „Revolver”) a 1975 (album „A Night at the Opera”).


„Red” czy „Dark Side of the Moon”? Zawsze miałem zagwozdkę. Ale wybór jest przecież bardzo prosty – obydwa. Te albumy są wielkim hołdem dla bezkompromisowego myślenia o muzyce, pójściem sto kroków naprzód.

W tym roku w moim mieście dane mi było wysłuchać dwóch bogów muzycznej mitologii – Davida Gilmoura oraz Roberta Frippa. Stwierdzenie, że to spełnienie największych muzycznych marzeń brzmi jak banał, ale tak było.
Gilmour tradycyjnie brzmiał wykwitnie instrumentalnie oraz wokalnie. Klasyki na szczęście było najwięcej, zwłaszcza tej najbardziej klasycznej. Ale siedemdziesięciolatek bardzo dobrze wypadł też z piosenkami ze swojego ostatniego albumu. Plus tradycyjny okrągły ekran z nieszablonową animacją. Każdy z uczestników koncertu pomyślał pewnie: oby grał jeszcze siedemdziesiąt lat.

Tomasz Beksiński napisał w swoim pożegnaniu ze światem, że jedną z rzeczy, dla których warto było żyć był "Zamek Karmazynowego Króla". Na mojej liście są setki utworów, ale „Starless” jest na pewno w pierwszej dziesiątce. Albo inaczej. Kiedyś zapytano bliskiego współpracownika The Beatles, którego z muzyków zespołu najbardziej lubi. A on odpowiedział, że tego, z którym ostatnio rozmawiał… Najbardziej lubię zatem klasyczny utwór, którego ostatnio słuchałem. „Starless” słuchałem wczoraj na żywo w cudnej wersji na trzech perkusistów, dwóch gitarzystów, multisaksofonistę i mojego ulubionego multibasistę Tony Levina. Jest w tym utworze niemal wszystko, co lubię – piękne tematy, trochę słowiańskie, oryginalne brzmienia i zestawienia instrumentów, ale przede wszystkim stopniowe budowanie napięcia, aż do wielkiej eksplozji i błogiej ciszy po niej. Podobne odczucia towarzyszą mi słuchając "Dark Side of the Moon".

Słowo „starless” ma jeszcze jeden, bardziej symboliczny wymiar. Za dekadę, dwie zostaniemy na świecie bez tych wielkich kreatorów muzyki, o jakich pisałem wcześniej. Ktoś powie, że przecież już nie kreują rzeczywistości. To prawda, ale są z nami fizycznie, tworzą albumy i grają koncerty. To trochę tak, jak z naszymi rodzicami. Jako młode osoby spędzamy z nimi mnóstwo czasu, później coraz mniej, a zakładając własne rodziny prawie wcale. Ale doceniamy to, że są, że możemy do nich zadzwonić, umówić się na niedzielny spacer. A kiedy odchodzą, to mamy świadomość, że już nic nie jest takie samo, że straciliśmy część siebie. Dlatego bardzo się cieszę, że widziałem tych muzyków na żywo, że wykonawczo i kompozytorsko biją wielu młokosów na głowę. Jednak za chwilę zostanie po nich muzyka, aż i tylko. Jak na przykład po Davidzie Bowie. Ktoś go jeszcze pamięta?


Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...