O autorze
Prowadzę zapiski poświęcone trzem akordom, które cały czas pobrzmiewają w mojej głowie: muzyce, filmowi i literaturze. Dlatego nazwałem je "Trzy akordy na dwie ręce". W zasadzie jest jeszcze czwarty akord, czyli fotografia, ale ten gram trochę rzadziej, co nie zmienia faktu, że jest dla mnie ważny.
Na początku myślałem, że będzie to forma pamiętnika, za pomocą którego za 1000 lat będę mógł odświeżyć poglądy na pewne sprawy. Jednak wiele osób, włącznie z opisywanymi artystami, zasugerowała, żebym starał się pisać dla szerszej i bardziej merytorycznej publiczności, bo teksty są ciekawsze i bardziej autentyczne niż te, które pojawiają się jako suche opisy różnych faktów kulturowych (głównie ulotne recenzje). Uważam, że ocena czyichś dokonań nie powinna zajmować trzech zdań, nawet podrzędnie złożonych. Dałem temu dobitnie wyraz w tekście "Krytyka krytyki".

Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.

____________

Meloman, muzyk, kinoman i czytelnik z zamiłowania.
Dziennikarz z wykształcenia.
Marketingowiec i PR-owiec z zawodu.

#marcinponikowski | #marcin_ponikowski

Śmierć to tylko niepotwierdzona pogłoska

http://www.feelingmovies.sk/2011/emir-kusturica/8888
Gdzie ja jestem w tej historii? | Emir Kusturica | 2014

„Czas Cyganów” to jeden z najpiękniejszych filmów o miłości. „Czarny kot, biały kot” to osobliwa komedia, która za każdym razem szczerze śmieszny. „Underground” realizuje jeden z najbardziej niewiarygodnych scenariuszy, genialny w swojej prostocie. Kusturica stworzył niemal wyłącznie wybitne filmy, ale o nich nie za wiele poczytamy w jego autobiografii. Reżyser skupił się głównie na drodze, która zawiodła go do świata kina, a także na osobach, którym najwięcej zawdzięcza.

Tak się składa, że na Kusturicę i Almodovara patrzę jak na dwie strony jednej, niezwykle cennej filmowej monety. Ich filmy powstawały w podobnym czasie i były robione z ogromnym emocjonalnym rozmachem. Dlatego tutaj symbolicznie chciałbym ich połączyć pewną sugestią. Autobiografia Kusturicy powinna nosić tytuł „Wszystko o mojej matce... i ojcu”. Tak naprawdę książka jest wielkim hołdem dla rodziców reżysera. Kusturica wiele miejsca poświęca swojemu dzieciństwu, chmurnej i durnej młodości, studiom w Pradze, etapom kariery wyznaczanym przez kolejne filmy, bliskiej przyjaźni z Johnnym Deppem, a także żonie i dzieciom. Jednak to relacje z rodzicami, rozmowy z nimi, ich porady i wiele życiowych mądrości, które są często cytowane, wypełniają w dużej mierze jego opowieść.

Oczywiście Kusturica opisuje swoje życie z dystansu, w charakterystyczny dla siebie sposób, często autoironiczny. Ale podobnie jak w filmach jest to uśmiech, który wieńczy głęboka refleksja. Tak opisuje swoje początki: „W 1963 roku po raz pierwszy wszedłem w świat kina, przerzucając pół tony węgla do piwnicy Kinoteki Jugosławiańskiej”.

Kusturica bardzo mało miejsca poświęca procesowi tworzenia swoich filmów. W tym względzie jego książkę ciężko porównać na przykład z autobiografiami Polańskiego czy Machulskiego. Tak, jakby chciał powiedzieć, że przecież filmy są skończonym dziełem, dostępnym w kinie czy na nośnikach, każdy może je zobaczyć i ocenić, nie trzeba zagłębiać się w szczegóły, bo najważniejszy jest efekt. Momentami więcej miejsca poświęca swoim mistrzom niż sobie, ale również nie analizuje ich filmów, tylko opisuje okoliczności, w jakich zetknął się z wybitnymi obrazami. Niewiarygodna jest jego przygoda z filmem „Amarcord” Federico Felliniego. Cztery razy próbował go oglądnąć i niemal za każdym razem... zasypiał w kinie. Dopiero przy ostatnim podejściu udało mu się oglądnąć film w całości, co zmieniło totalnie jego podejście do reżyserowania. Napisał nawet, że ”Amarcord” był dla jego filmów tym, czym Wielki Wybuch dla Wszechświata. A gdyby ostatecznie nie zobaczył wówczas tego filmu...?

Zawsze zastanawiało mnie skąd on bierze tyle pomysłów na niewiarygodne zbiegi okoliczności, magiczne zrządzenia losu. Okazuje się, że życie sporo mu w tym względzie podpowiadało. W niektóre historie naprawdę trudno uwierzyć, jak choćby w tę o ciotce, którą przed niechybną śmiercią od odłamka bomby uratowała jej własna, tłusta pupa.

I na koniec refleksja, która zostanie ze mną na zawsze. Młodziutki Kusturica zobaczył martwego znajomego. Ze łzami w oczach powiedział o tym swojemu ojcu, a ten odparł: „Śmierć to niepotwierdzona pogłoska, synku. (…) Nikt z nas nie umarł, by sprawdzić, jak naprawdę jest ze śmiercią. Nie myśl już o tym. Ciocia Biba wróciła. Pozdrawia cię i posyła dżinsy Levi'sa”.


Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...